Moment ocalenia

Zwyciężyłem świat z chwilą przyjęcia woli Ojca dla mnie. To był mój najcięższy dzień porzucić marzenia współtworzyć dom, rodzinę i na kremówkę zabierać syna. W pracy realizować się w kulturze i sporcie. Do tego posiadał Karol predyspozycje z natury. I jeszcze do wielu innych fachów zdolne ręce, w tym meble i buty.

Ojciec Karolowi nie powiedział nie, ale przedstawił stan świata tak, jak widział to wprawny wojskowy: dramat wojny nadchodzącej szybciej niż strzał piłki do bramki, którą młody bramkarz chciał zatrzymać.

Zaczęła wtedy kiełkować w głowie Karola nadzieja, że może Matka, którą po śmierci swej rodzonej uznał za wyrocznię, napisałaby na kartach historii scenariusz, w którym młody aktor odegrałby swoją rolę. Stało się tak, jak przyszły Jan wymarzył, wyrzekając swoje tak Ojcze, tak Matko, tak.

Rola moja sprowadziła się do podążania szlakiem wyznaczonym na każdy dzień dla dziecka, młodzieńca, młodego księdza, biskupa, papieża do ostatnich dni. To plan, o którym piszę, mówię w waszych sercach i naświetlam od lat: POTRZEBĘ MIŁOSIERDZIA.

Terror rozgrywający się na oczach chłopca, gdy nadeszła wojna natrafił na element, myśl, przesłanie potwierdzone przez świętą zakonnicę w Łagiewnikach. Nierozpoznany dotąd fakt potrzeby zgody człowieka na nowy lepszy plan, dała właśnie katastrofa Państwa Polskiego. Sytuacja nie uległa zmianie po 45 roku, choć obrała inny wymiar uwięzienia.

Nikt wtedy nie był zadowolony, nawet ten, który wojnę wygrywał. Trudno opisać zmagania człowieka, który oświecony światłem wiary widzi wszędzie drzwi zamknięte, a w rozliczeniach wyciągnięte po banknoty ręce.

Stąd pomysł, aby swoją walutę drukować i wydawać w formie listów, pism, raportów a później adhortacji, encyklik i kazań. Tak składał w ręce biedaków słowa, które przyjęte, zmieniały ich stan na bliższy Prawdzie. To wystarczyło, by załatać dziurę w głowach po bombach fałszu i trucizny, jakie zabijały tamtejszy świat maszyny propagandy.

Zwykły człowiek potrzebował też jeść. Ten odwieczny bół w żołądku przerósł możliwości Karola, choć łatwo dał się nasycić tym, czym młody kleryk żył: modlitwa o zesłanie Ducha, sycąca, choć nie dającą pełni wypełnienia brzucha, dawała siły by kroczyć dalej. Tym dzieliłem się z Wami przez lata.

Jakość życia niezmiernie poniżała niezgoda na kulturę, sztukę i naukę w kontekście potrzeb kraju rodzącego się w świadomości Europy po I wojnie. Układy pokojowe każdy znał, ale o chwale spod Grunwaldu czy odsieczy od islamu pod Wiedniem dawno gazety w Paryżu przestały pisać. Stąd rosnąca w świadomości przyszłego papieża potrzeba uzyskania miejsca w świadomości świata dobrej pieśni i obrazu o Polsce. Ta pamięć miałaby być gwarantem stabilności, wolności i samostanowienia Polski jako suwerennego narodu posiadającego swoje prawo własności do kawałka ziemi.

W tym dramacie wystąpił Karol jako główna kukiełka. Czująca, rozumiejąca i świadoma, że nie spodoba się części publiczności to przedstawienie i nie zawsze spotka się z radosnym uniesieniem. W dramacie nawet najgorszym leją się łzy.

Morze całe wylała Polska, gdy jej utalentowany syn opuszczał dom by rozpocząć nauczanie na arenie świata. Wylał ten kraj lawinę łez, gdy tracił go świat. Wyjaśniam ten fałsz.

Żadna matka nie cieszy się, gdy jej syn opuszcza ją, by iść w świat. Wytrzymajcie chwilę, aż dokonam tego przejścia. Matka dobra i mądra cieszy się, gdy syn wraca, choćby w listach, duchem. Tym momentem śmierć i narodziny dla nieba. Dysonans, ulga, radość polegała na tym, iż kraj ten, po granice możliwości zadłużony, miał doskonały w formie kardynała towar eksportowy. Stąd przyszła wielka ulga. Płacz przy stracie tego chodzącego ryngrafu dla kraju jednoznacznie zwiastowała, dzisiaj już odczuwane, załamanie dobrobytu. Czeka nas gorzej. Tego nikt nie musiał tłumaczyć.

Kochani Moi! Jak Matka cierpiała pod krzyżem, tak i została pocieszona w momencie zmartwychwstania. Nie trzeba czekać, aż szczątki doczesne poskładają się na Słowo Pana. Wystarczy wystawić swe duchowe uszy na głos Jana. Ciągle was wypatruję w Łagiewnikach.

Zechciejcie rozważyć co raz radość piszącego, któremu, poza uniesieniami w moje ramiona, wystarczy promesa następnego listu i posługi listonosza. Radość ta może, pragnę by była współdzielona, współodczuwana, współprzyjęta przez was. Proszę przyjmijcie mnie w nim godnie. Zatroskany Jan potrafi też rozsądnie zapamiętać tysiące zamkniętych oczu i setki zaryglowanych bram by wykluczyć ze swojego błogosławieństwa tych, którzy nie przyjęli Jego Syna.

Na dzisiaj taka prośba.

Ojca Syn

2025.12.12 SJPII Łagiewniki